|
Z Pawłem Janasem - trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej, rozmawia Roman Warszewski
- Sięga pan po papierosa... Jak ma się to do sportu, do zdrowego trybu życia? - Wbrew temu, co powszechnie się mówi, z papierosami wcale nie przesadzam. W tej mierze istnieją nawet pewne ograniczenia instytucjonalne. W czasie meczu, gdy siedzi się na ławce, palić po prostu już nie wolno. Z używek nie stronię jeszcze od kawy. Oprócz tego jestem chyba wzorem człowieka przestrzegającego podstawowych zasad zdrowego trybu życia. Dużo przebywam na świeżym powietrzu, biorę udział w treningach, więc ciągle się gimnastykuję, jestem w ruchu. Dobrze się odżywiam. Mimo że jakiś czas temu miałem poważne kłopoty ze zdrowiem, w tej chwili czuję się znakomicie. Badania kontrolne wykazują, że wszystko jest w najlepszym porządku. W sumie jestem okazem zdrowia i dobrej kondycji, mimo że pracę mam nadzwyczaj stresującą. Trener jest jak saper, nie wolno mu się mylić. Gdy myli się zbyt często, po prostu, szybko przestaje być trenerem. - Trener selekcjoner polskiej reprezentacji narodowej w piłce nożnej, to jakby saper do potęgi... - Na szczęście przez lata, najpierw jako wielokrotny reprezentant polski, następnie jako trener i selekcjoner, nauczyłem się panować nad stresem. Robię swoje i za bardzo się nie przejmuję. - Do zdrowego trybu życia zaraz wrócimy. Na razie zatrzymajmy się na piłce nożnej. Jakie, pana zdaniem, są największe grzechy polskiego futbolu? - Z piłką nożną jest podobnie jak z całą gospodarką. Od lat cierpimy na chroniczny brak funduszy, na brak inwestycji. Brakuje pieniędzy. Na szkolenie młodzieży i modernizację stadionów, które w większości się rozpadają. Dochodzi do paradoksalnej sytuacji, że reprezentacja kraju nie ma gdzie rozgrywać meczów międzypaństwowych. - A z młodym narybkiem nie ma kłopotów? - Pod tym względem jest w tej chwili znacznie lepiej niż kiedyś. Oczywiście zawsze istnieje pokusa, by kupić jakiegoś utalentowanego młodzika, a nie szkolić całe roczniki w nadziei, że trafi się na diament. Ale przekonanie, iż nie jest to najlepsza metoda, staje się coraz bardziej powszechne. Problem nie leży wcale w młodzikach, ponieważ mamy bardzo dobrych juniorów, świetnie grające całe drużyny juniorskie, o czym świadczą choćby znakomite wyniki osiągane przez Michała Globisza, a później jakoś wcale nie znajduje to przełożenia na dobrą grę w wyższej kategorii wiekowej. Nad tym problemem głowimy się od wielu lat i jakoś nikt nie potrafi rozstrzygnąć, gdzie pies jest pogrzebany. Sam wielokrotnie zastanawiałem się nad tym, czy powołując zawodników do pierwszej reprezentacji, za bardzo nie trzymam się “starej gwardii” i zawodników wypróbowanych. Czy nie należałoby niekiedy bardziej zaryzykować i tym młodym częściej dawać szansę? - A daje pan? - Staram się dawać. Ale moje możliwości są też ograniczone, bo nawet jak ich powołuję na spotkania towarzyskie, to widzimy się bardzo krótko - w sumie tylko dwa, trzy dni, a potem oni wracają do klubów i znów długo nie mamy kontaktu. Szansy na dłuższą pracę praktycznie więc nie ma. Czasy gdy organizowane były dłuższe, dwutygodniowe zgrupowania, należą do przeszłości. Potem pojawia się jeszcze inny problem: ci chłopcy teraz bardzo często wcześnie chcą wyjechać zagranicę. Wyjeżdżają i najczęściej przepadają. Im się wydaje, że złapali pana Boga za nogi, a w rzeczywistości sezon za sezonem przesiadują na ławce rezerwowych. A trening to nie to samo co mecz. Meczu, gry o wynik, nic nie jest w stanie zastąpić. A gdy taki młodzik zaczyna rozumieć, że pobyt w klubie zagranicznym stał się dla niego ślepą uliczką, często jest już za późno. Po kilku latach wraca do Polski, ale wtedy niewiele można już zrobić. - Czyżby marnowali się za granicą? - Często tak jest. Istnieje jeszcze inna kwestia. Oni zwykle gubią się psychicznie. Wyjeżdżają jako nastolatkowie wyrwani z domów, zostają na obczyźnie całkiem sami. Inaczej było z takim np. Ronaldo, który jako szesnastolatek trafił do Eindhoven, ale do Holandii pojechał z mamą, która mu gotowała, która się nim opiekowała. I chłopak czuł się tam znakomicie. Miał dom i miał dokąd wracać po treningu. To było czymś naturalnym. W takich warunkach młodzik mógł się rozwijać i robić postępy. Druga sprawa to oczywiście to, że nie każdy rodzi się Brazylijczykiem i ma taki talent jak Ronaldo. - Młodzi wiedzą, że mają u pana szansę? - Wiedzą. Ja daję im szansę. Nie mogę jednak wypróbowywać ich w nieskończoność, bo sam jestem rozliczany z wyników. Cóż z tego, że nawet po wielekroć dałbym im szansę, kiedy za chwilę by mnie wymienili? W klubach, pod tym względem, sytuacja jest znacznie bardziej komfortowa. W reprezentacji takiego komfortu nie jestem w stanie im stworzyć. - A nie odnosi pan wrażenia, że siłowo i technicznie nasi gracze nadal ustępują zagranicznym konkurentom? - Rzeczywiście często tak jest. Ale bierze się to przede wszystkim z tego, że nie mamy stadionów z podgrzewaną płytą, gdzie można by grać cały rok i gdzie rozgrywki ligowe trwają dłużej. Skutek jest taki, że zaczynamy grać w połowie marca, podczas gdy zagranica gra już co najmniej od miesiąca. Trudno to nadrobić. Że jest tak, a nie inaczej decyduje to, o czym wspominałem na początku - brak. - A czy nie uważa pan, że sukcesy mogłoby przyspieszyć stosowanie naturalnych odżywek, wzmagających fizyczną tężyznę? Mam tu na myśli słynną Makę Sport, która w tej chwili stosowana jest m.in. przez przygotowujących się do olimpiady lekkoatletów? - Tymi sprawami zajmuje się mój fizjolog - Zbyszek Jastrzębski. Myślę jednak, że jeśli ten preparat jest dobry i nie stanowi zagrożenia dopingowego, warto się nim zainteresować. Ważne jest by, stosując Makę, zawodnik mógł szybciej podjąć kolejny wysiłek i by czas na regenerację sił uległ skróceniu. Każdy trener lubi mieć jakąś tajną broń. Zwłaszcza gdy nie ma do wyboru zbyt wielu zawodników i gdy kontuzje są prawdziwą zmorą każdego zespołu. - A tak jest? - Niestety, nie mam do wyboru po pięciu zawodników na każdą pozycję. Zwykle dysponuje jednym, najwyżej dwoma. W tej sytuacji każda kontuzja może skutecznie pomieszać szyki. Gdyby Maca mogła być remedium na coś takiego, byłoby fantastycznie. - Czy powołanie do życia szesnastu szkół piłkarskich - w każdym województwie jednej ułatwiłoby panu zadanie? - Nie jest to zły pomysł, choć byłbym przeciwnikiem mechanicznego kopiowania wzorów zagranicznych. W przypadku ich stworzenia, należałoby na wstępie rozwiązać podstawowy problem - gdzie miałby miejsce zasadniczy trening: w szkole czy w klubie? Na razie trwają dyskusje jak ten dylemat rozstrzygnąć. Moim zdaniem, przy dobrym ustawieniu treningu, pracę w szkole można pogodzić z grą w klubie. - Jaki ma pan wpływ na kształtowanie cech wolicjonalnych zawodników? Można przypuszczać, iż jesienią, gdy będziemy grać w “grupie angielskiej” akurat ten czynnik może okazać się bardzo istotny. - Staram się rozmawiać z zawodnikami. Motywować ich. Zachęcać. Nikogo nie muszę przekonywać, że trzeba wygrywać. To jest dla wszystkich oczywiste. Ale nie mam możliwości robienia im permanentnego prania mózgu, bo nie jeżdżę za nimi do klubów, a w trakcie naszych spotkań czasu naprawdę jest niewiele. - A jak to się dzieje, że Żurawski w Wiśle strzela bramki, a w reprezentacji nie? - Żurawski sam się nad tym zastanawia. Być może ma jakąś blokadę, której nie potrafi przełamać. Potrzebuje niewątpliwie pracy z psychologiem. W czasie dwóch czy trzech dni, kiedy zwykle mamy szansę razem pracować przed meczami reprezentacji, nie potrafiliśmy jak do tej pory się z tym uporać. Jestem przekonany, że jak już zacznie strzelać, to się rozkręci. Niech więc w końcu padnie ta przełomowa bramka. - Jaka jest różnica w obecnym stylu gry formacji obronnej w porównaniu z okresem, gdy pan był stoperem? - Teraz zawodnicy muszą być bardziej wszechstronni, bardziej elastyczni. Większe jest też obciążenie grą, ponieważ teraz rozgrywa się znacznie więcej meczów niż kiedyś. Niegdyś rozrywaliśmy do 40 meczów rocznie, teraz, wliczając ligę, co najmniej 70. To duża różnica. Między innymi dlatego obecnie jest znacznie więcej kontuzji niż kiedyś. Dlatego też tak wielką wagę przykładamy do regeneracji sił. - Stąd potencjalnie duże znaczenie takich preparatów jak Maca Sport? - Wszystko co nie jest dopingiem, a co skraca okres odbudowy sił i wzmaga regenerację organizmu, powinno interesować kluby. Myślę, że skoro ta odżywka jest tak dobra, jak o niej się słyszy, trzeba ją wypróbować. - A pan, jako trener, jak odbudowuje swoją kondycję? Jak pan się odżywia? - Na śniadanie piję mleko i jem ciemne pieczywo. Na obiad preferuję kuchnię śródziemnomorską - dużo warzyw, niewiele mięsa, zawsze białego. Uwielbiam spaghetti, ryby, sery. Duchowo natomiast “odżywiam się” w ten sposób, że biorę psa i uciekam do lasu. Jeżdżę rowerem po bezdrożach. Jak najwięcej obcuję z przyrodą. To pomaga mi odreagować stres. Pozwala oderwać się od problemów, które niekiedy trudno jest rozwiązać. Umożliwia oddychanie pełną piersią. I jest to rzecz, którą u progu lata, mogę polecić wszystkim miłośnikom sportu i zdrowego trybu życia. Relaksu na łonie natury nigdy nie za wiele.
Rozmawiał: Roman Warszewski
Sport i Maca Sport
|