|
Pewnie bym już nie żyła gdyby nie vilcacora i hercampuri
Pani Alina Grabowska mieszka w Słupsku, ma 51 lat i jest na rencie. Gdyby poprosić ją, żeby zdradziła, na jakie choroby cierpi, miałaby niemały kłopot. Aż tyle chorób się do niej przyczepiło. Przez długie lata pracowała przy taśmie w zakładach produkcji butów. Nawdychała się różnych lakierów i trujących farb, teraz są tego skutki. Pracodawcy – który przez całe dziesięciolecia nie dbał o swoich ludzi – też nie wyszło to na zdrowie. “Alka” – jej zakład pracy – zbankrutowała.
Pani Alina przez całe życie przyjęła tyle leków, iż jest na nie uczulona. Mówi: Gdyby nie środki roślinne, nie miałabym się czym leczyć. Pewnie już bym nie żyła. Jest wątłej postury i wciąż choruje. Właściwie już nie pamięta, od kiedy – najpewniej można powiedzieć, że od zawsze. W Słupsku zwiedziła już wszystkie szpitale.
Choroby w jej organizmie od lat wzajemnie się krzyżowały i wzmacniały. Lekarzy wprawiały w osłupienie. Ale także wywoływały bezradność. Niektórzy z nich mówili jej otwarcie: Z uwagi na wielość pani schorzeń i skomplikowanie przypadków, nie jesteśmy w stanie pani pomóc. Tu potrzebni są specjaliści do potęgi. Jesteśmy bezradni. – Ci, którzy przyznawali się do tego, że nie wiedzą, jak mnie leczyć, w sumie nie byli najgorsi – wspomina pani Alina. – Najtragiczniejsze było to, iż niektórzy udawali, że wiedzą i być może lecząc, szkodzili mi. A mnie coraz bardziej bolało i bolało. Nieraz byłam w takim stanie, że leżałam na podłodze i wiłam się z bólu. Tak było całe lata. A ja słyszałam: musi się pani uzbroić w cierpliwość, ten ból w którejś chwili przejdzie. – Ale w której? Dla niej było to naprawdę istotne. Bo nie można żyć i pracować, gdy całymi miesiącami, a właściwie latami, jest się stale obolałym. Tym bardziej gdy ma się dwójkę dzieci i męża, który w domu niewiele mógł jej pomóc.
Z tego wszystkiego zaczęły jej także wysiadać nerwy. Czuła się coraz gorzej. Do dolegliwości wątroby, woreczka żółciowego, jelit, żołądka, nerek, stawów i kto wie czego jeszcze, dołączyła trzustka. I to było najgorsze. Dopust Boży. Prawdziwe nieszczęście. – Z trzustką nie ma żartów – opowiada. – Naczytałam się o tym bardzo wiele. To ważny organ, do tego niezwykle wrażliwy. Potrafi dokuczać, jak rzadko co, bo jest silnie unerwiony. Chyba nikt inny tak dobrze nie wie, jak trzustka boli. Bywało, iż zrozpaczona prosiłam lekarzy, żeby podcięli mi okoliczne nerwy, bo czułam tak przemożny ból. Najnormalniej w świecie nie mogłam już wytrzymać. Rzecz jasna, coś takiego nie wchodziło w rachubę.
Podawano jej wciąż nowe leki. Jak jeden nie skutkował, dostawała inny. Jak i to nie dawało rezultatu – następny. Potem można było już tylko podawać leki antybólowe. Jeszcze później – już tylko bezradnie rozkładać ręce. – Dostawałam No–Spa, co doprowadziło do tego, iż teraz mam kłopoty z oczami – wspomina. – Przyjmowałam znieczulającą analginę w wielkich ilościach, żeby móc jako tako egzystować. Przez to – jakby jeszcze mało było wszystkich nieszczęść – zaczęły się kłopoty z krwią i odpornością: miałam za mało leukocytów. A trzustka cały czas nawalała. Byłam u krańca rozpaczy. Już naprawdę nie wiedziałam, co mam robić.
Choroba nazywała się stosunkowo niewinnie. Przewlekłe zapalenie trzustki. W szczególnie dokuczliwej postaci objawiła się wtedy, gdy – z powodu kamieni – wycięto jej pęcherzyk żółciowy. Zawsze miała podwyższony poziom bilirubiny we krwi, teraz jednak jej poziom wzrósł jeszcze bardziej. Obolałej trzustce raczej się to nie spodobało. Zaczęła dokuczać jeszcze mocniej. Ataki bólu, które kiedyś powtarzały się co pewien czas, teraz nie opuszczały jej nawet na chwilę i stały się chroniczne.
Z przypadłością można by długo bezkonfliktowo żyć, gdyby mogła przyjmować leki. Tak twierdzą specjaliści. Ale ona, po farbach i lakierach z “Alki” uczulona była właściwie na wszystko, co miało związek z chemią. Leki powodowały tylko jedno: że czuła się coraz gorzej, miała ciągłe mdłości i torsje. W pewnej chwili pojawiły się nawet pierwsze oznaki atopowego zapalenia skóry. Jej rozpacz sięgnęła wtedy zenitu. Z literatury wiedziała bowiem, co to oznacza: ni mniej, ni więcej, że za miesiąc, dwa, na całym ciele zacznie jej łuszczyć się skóra. Co wtedy pocznie? Jak wtedy da sobie radę? Czas naglił. Zdawała sobie sprawę, że nie ma już chwili do stracenia. Na lewo i prawo zaczęła rozglądać się za jakimiś naturalnymi środkami leczniczymi i jej wybór – całkiem intuicyjnie i właściwie nie wiadomo dlaczego – padł na południowoamerykańskie rośliny lecznicze. – Myślę – mówi – że gdy ktoś jest naprawdę bardzo chory, rozwija w sobie bezbłędne wyczucie, co może mu pomóc, a co zaszkodzić.
– Ja od bardzo dawna interesowałam się ziołami, właśnie w nich upatrując swej szansy. Dlatego wypróbowałam właściwie prawie wszystko. Niektóre z ziół, rzeczywiście, przynosiły pewną ulgę, ale tylko przejściowo. Nie było to zatem żadne rozwiązanie. Wtedy, po lekturze książek o ojcu Szelidze, sięgnęłam po preparaty roślinne z rodziny vilcacory. I od razu przekonałam się, że to właśnie to, czego bezskutecznie szukałam przez całe lata. To, o co mi chodziło.
Z regularnością szwajcarskiego zegarka zaczęła łykać leki roślinne. Dużo dobrego zrobiła kuracja oczyszczająca, zastosowana na samym początku, zwłaszcza faza, w której przyjmowała kapsułki z hercampuri. Zauważyła wtedy – co zresztą przewidywali konsultanci AMC z Londynu – że coraz mniej boli ją trzustka. W jej organizmie ustabilizował się poziom bilirubiny. To, z czym przez lata nie potrafiła sobie poradzić, ustąpiło w ciągu kilku tygodni. – Błogosławię hercampuri. To ziele, które całkowicie odmieniło moje życie. Pod jego wpływem moja obolała trzustka odetchnęła i przestała się buntować. Najprawdopodobniej organizm pozbył się też toksyn, które nosiłam w sobie od czasów pracy w “Alce”. Czuję się całkiem inaczej. W końcu – po tylu latach – nic mnie nie boli. Znów mam ochotę żyć i odwiedzać moje dzieci, które wyjechały ze Słupska i po studiach osiadły w Warszawie.
Obok hercampuri stale przyjmuje sangre de drago oraz vilcacorę. Ma nadzieję, że ta kombinacja pomoże jej także na stawy, które od lat także jej dokuczają. – Gdy już uporałam się z trzustką, tej jesieni mam zamiar przeprowadzić frontalny atak na reumatyzm – mówi. – Do tej pory on mnie atakował, teraz role się odwrócą. I jestem pewna, że znów będzie to sukces.
Wit Romanowski Konsultacja medyczna: lek. med. Marek Prusakowski
Lekarze bezradnie rozkładali ręce
|